Nie wolno rezygnować...
Rozmowa z pracowniczkami kliniki terapeutycznej „Outreach” na Greenpoincie.
W rozmowie biorą udział:
Katarzyna Długosz, MA, CASAC-G; magister psychologii klinicznej na KULu, dyplomowana terapeutka uzależnień, absolwentka podyplomowych studiów psychoterapii analitycznej. Obecnie ubiega się o licencję Mental Health Counseling.
Agata Dyrda, LCSW, CASAC-T; licencjonowana psychoterapeutka, absolwentka Columbia University, dyplomowana terapeutka uzależnień, absolwentka podyplomowych studiów w zakresie psychoterapii analitycznej.
Kamila Zapytowska, MA, LMSW, CASAC; licencjonowana psychoterapeutka, absolwentka Hunter College, dyplomowana terapeutka uzależnień, kształci się w zakresie psychoterapii analitycznej.
Małgorzata Witek, MD; lekarz psychiatra, absolwentka Akademii Medycznej w Krakowie, zdobyła specjalizację w psychiatrii dzieci i młodzieży w NY University.
*
- O działalności Outreach miałyśmy okazję rozmawiać kilka lat temu. Czy od tamtej pory nastąpiły jakieś istotne zmiany, o których powinni wiedzieć ewentualni pacjenci?
- Przede wszystkim zmienił się skład naszego zespołu – ubyło nam dwie osoby, przybyła jedna nowa. Jeśli chodzi o strukturę naszej działalności to mamy kilka nowych programów: dla nastolatków i dla młodzieży dorosłej – po angielsku, kolejny nazywa się anger management, czyli radzenie sobie ze złością. Mamy też program dla osób uwikłanych w przemoc domową, ale nie dla ofiar, lecz dla jej sprawców. Oddzielny program dla ofiar funkcjonuje u nas od dawna. Cieszymy się z powstania tego ostatniego, bo z wielu różnych względów sprawcy i ich ofiary nie powinni być w tym samym programie.
- Dlaczego? Czy obecność obu stron nie wpłynęłaby pozytywnie na proces naprawy?
- Rozdzielenie sprawców i ofiar jest ważne z wielu względów. Przebywanie obu stron w jednej grupie terapeutycznej prawdopodobnie stanowiłoby taką mieszankę wybuchową, że nie przyniosłoby to nikomu korzyści. Dzięki rozdzieleniu ofiary przepracowywują swój punkt widzenia, zastanawiają się, co mogą zrobić, by przestać nimi być, jak sobie poradzić z tym, co było. Ze sprawcami natomiast pracuje się nad tym, co sprawia, że reagują na konflikty w taki, a nie inny sposób i jak znaleźć inne drogi wyładowania swojej złości czy nienawiści.
- Wygląda na to, że macie tych programów sporą ilość…
- Programów nie jest aż tak wiele, ale każdy z nich jest ukierunkowany na konkretny cel i każdy jest selekcyjnie potraktowany, tzn. na bieżąco modyfikowany i bezustannie sprawdzany pod kątem użyteczności i efektywności. Ponadto programy nie są wymyślane z góry i nie czekamy, aż ktoś się zgłosi na takie czy inne zajęcia. Raczej śledzimy sytuację i odpowiadamy na zapotrzebowanie tworząc nowy program. Ponieważ reagujemy na potrzeby klientów, nie możemy sobie pozwolić na deliberacje, żeby opracować go w najdrobniejszych szczegółach. Rozpoczynamy program i w trakcie jego trwania wprowadzamy konieczne poprawki. Zazwyczaj potrzeba kilku tygodni, by rozpocząć nowe zajęcia.
- Czy każda z pań ma swoją specjalizację?
- Nie, zajmujemy się wszystkim i wszystkimi. Fakt, że mówimy po polsku nie zawęża naszej działalności tylko do środowiska polskiego. Jesteśmy przygotowane do pracy i z młodzieżą i z dorosłymi. Zajmujemy się szeroką skalą problemów od alkoholizmu, poprzez przemoc domową, do narkotyków. Każda z nas, oprócz pracy na pełnym etacie w klinice Outreach, ma dodatkowe zajęcia, najczęściej jest to prywatna praktyka. Pracujemy również z pacjentami, którzy z jakichś względów nie mogą czy nie chcą przychodzić do naszej agencji.
- Przez ostatnie lata obserwujemy wielkie zmiany na Greenpoincie. Polaków tu coraz mniej. Czy obserwujecie te zmiany w swojej pracy?
- Właściwie nie bardzo nas to dotyka. Polacy, którzy opuścili Greenpoint, przenieśli się do Queens, to takich dzielnic jak Maspeth czy Ridgewood, skąd dojazd na Greenpoint nie jest zbyt trudny. Ci, którzy mają do nas dotrzeć, docierają. Oczywiście, nie jest już tak jak dawniej, ale nie narzekamy na brak klientów polskiego pochodzenia.
- Jakie są zatem problemy, z którymi przychodzą Polacy, szukający pomocy? Alkoholizm? Narkotyki? Przemoc?
- To zależy od wieku. Dojrzali pacjenci przychodzą do nas głównie z problemem alkoholowym, który najczęściej przywieźli z Polski. W tym aspekcie będzie się też mieścić przemoc domowa. Młodsza generacja, ci, którzy większość swego życia spędzili tutaj, albo się już tutaj urodzili – mając zdolność szybkiej asymilacji nie przenoszą kulturowych czynników istotnych dla ich rodziców. Zatem, jeśli już ulegają złym nawykom, to sięgną po narkotyki, tak jak ich amerykańscy rówieśnicy.
- Czy to są narkotyki miękkie czy twarde?
- Mogą być i takie i takie. To nie tylko substancje, które w potocznym rozumieniu są narkotykami, ale także leki przeciwbólowe – ich zażywanie w celach innych niż medyczne staje się w ciągu ostatnich lat poważnym problemem. Bijemy na alarm, bo nastolatki coraz częściej sięgają po środki przeciwbólowe, których składnikiem są opiaty. Zwykle zaczyna się tak, że ktoś doznaje urazu zażywa przepisane przez lekarza środki, po czym stan zagrożenia i konieczność zażywania środków mija, a pojawia się potrzeba poprawienia sobie samopoczucia poprzez zażywanie leku. I wtedy pojawia się problem.
- Jakie są główne przyczyny sięgania po środki uzależniające?
- Wiele osób opowiada nam o podłożu swoich problemów wskazując na stres imigracyjny. Często zdarzało się tak, że jako pierwszy przyjechał tu ojciec, resztę rodziny zostawiając w Polsce. Radził sobie z samotnością i stresem za pomocą alkoholu. Kiedy dołączała żona i dzieci problemy zaczynały się nawarstwiać… Mimo że emigracji z Polski już właściwie nie ma, wciąż mamy pacjentów, którzy od dobrych kilkunastu lat walczą z uzależnieniami powstałymi na gruncie dawnego stresu. Wielu z nich mówi, że w Polsce nie piło. Mogą tu być od kilkunastu lat, ich choroba rozwijała się powoli, dopiero dziś widać jej skutki.
- Człowiek nie uzależnia się tak szybko?
- Im wcześniej ktoś zaczyna, tym krótszy czas dzieli go od uzależnienia. Jeśli mówimy o nastolatkach, które zaczęły pić czy brać w wieku 13-14 lat, to w ciągu pięciu lat może dojść do pełnego rozwoju choroby. Jeśli osoba zaczyna w wieku 25 lat, to ten okres zaczyna się przedłużać do 10-15 lat. Zatem dziś mamy do czynienia z tymi, którzy przyjechali tu wiele lat temu. Dodatkowo rzadko zdarza się, że ktoś przy pierwszym zwiastunie choroby biegnie po pomoc. Przez jakiś czas rodzina funkcjonuje normalnie, siłą bezwładu, próbując sobie radzić takimi czy innymi sposobami. Zatem zanim ktoś do nas dotrze, może upłynąć dodatkowe kilka lat, a choroba już trwa. Chory zaczyna sobie uświadamiać, że musi coś z tym zrobić, albo popycha go do tego rodzina, której integracja jest już zachwiana.
- Oznaki uzależnienia mogą być różne. Co powinno być dzwonkiem alarmowym?
- Ważne jest to, żeby odróżnić kiedy konsumpcja alkoholu traci swój towarzyski charakter i staje się środkiem radzenia sobie ze stresem, uśmierza trudne stany emocjonalne. Również większa ilość spożywanego alkoholu, porzucanie słabszych napoi na rzecz mocniejszych, szukanie alkoholu w domu – to mogą być niepokojące symptomy. Może pojawić się też odmienny wzór picia, inna dynamika zachowań, ukrywanie tych zachowań. Jest to zespół zachowań, które wcześniej nie miały miejsca – awantury, zmiany w funkcjonowaniu, stany depresyjne.
- A narkotyki?
- Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę z tego, że obniża się granica wieku pierwszego brania czy upicia się i nierzadko mamy wręcz do czynienia z dziećmi dwunastoletnimi, które mają już jakąś historię. Rozmawiając z nastolatkami dowiadujemy się, że pierwsze upicie się miało miejsce w wieku siedmiu, ośmiu lat i niekoniecznie było przypadkowe. Granica używania czy eksperymentowania z narkotykami też się obniża i właściwie można powiedzieć, że generalnie przypada na wiek 11-13 lat. Często odbywa się to za namową kolegów, starszego rodzeństwa, któremu chce się dorównać, a którego wpływ na dziecko może być bardzo duży. Ważne jest więc, by wiedzieć z kim nasze dziecko spotyka, bawi, z kim rozmawia. I znów – trzeba być czujnym i obserwować zmiany w zachowaniu – nie wraca do domu o normalnej porze, zaczynają się krętactwa i drobne kłamstwa, wyciąganie pieniędzy. Często rodzicom wystarczy popatrzeć na dziecko, by wiedzieć, że coś się dzieje – zaczerwienione oczy, nie tak bystre jak normalnie. Marihuana ma swoisty zapach, łatwo ją wyczuć. To są rzeczy, które rodzice są w stanie wychwycić.
- Jak szkoła broni się przed narkotykami?
- Każda szkoła ma określony kod postępowania w takich przypadkach. Jeśli na jej terenie znajdzie się uczeń, którego zachowanie wskazuje na coś niepokojącego, szkoła powinna zareagować, aczkolwiek różnie bywa z przestrzeganiem tej zasady. Często szkoła alarmuje rodziców, jeśli sprawa jest nagła - wzywa się ambulans i podejrzanego o zażywanie środków odurzających odwozi do szpitala. Z całą pewnością w placówkach szkolnych istnieją próby edukowania dzieci, choć nie zawsze są skuteczne.
- Jakie jest zdanie Pań na temat prób legalizacji marihuany?
- Zdecydowanie negatywne. Po pierwsze, marihuana uzależnia. Powoduje zmiany osobowości, dewastację psychiczną. Sprzyja powstawaniu czegoś, co fachowo nazywa się zespołem amotywacyjnym, a polega na zatrzymaniu się w rozwoju emocjonalnym, spowalnieniu chęci działania. Marihuana wypala wewnętrznie, powoduje problemy z pamięcią. Pozorny relaks i rozluźnienie prowadzą do ustania motywacji, wewnętrznego rozleniwienia. Poza tym, jakkolwiek by na to nie patrzeć, jest to furtka to twardych narkotyków.
- A gdyby położyć na szalę marihuanę i alkohol?
- Nie można porównać tych dwóch używek. Każda z nich działa inaczej. Ale i alkohol i marihuana powodują ogromne spustoszenia, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Alkohol jest zdecydowanie najsilniejszym środkiem, który wywołuje depresję, z czego mało kto zdaje sobie sprawę. Często pije się, żeby rozładować napięcie, z którym każdy sobie musi jakoś radzić, ale w rezultacie picie prowadzi do jeszcze większej depresji. Z marihuaną wiąże się jak wspomniałyśmy – brak ambicji i brak motywacji. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że używają jej nastolatki, które dopiero stają na progu życia i powinny się mobilizować, marihuana może naprawdę pokrzyżować plany na przyszłość. Mało się o tym mówi, ale osoby używające marihuany stale, popadają łatwiej w depresję i mają większe skłonności samobójcze. Jeśli zaś chodzi o argument podnoszony przez zwolenników legalizacji tego narkotyku, jakoby jest ona pomocna w uśmierzaniu bólu, to są znacznie lepsze środki służące temu celowi. W chorobach wyniszczających, czy chorobach powodujących utratę apetytu związki chemiczne zawarte w marihuanie pobudzają ten apetyt. Ale my mówimy o ludziach młodych, którzy nie mają zaburzonego łaknienia. Innym, tragicznym w skutki efektem palenia marihuany jest to, że powoduje ona uszkodzenie chromosomów, a to z kolei może być przyczyną wad genetycznych u potomstwa kogoś, kto pali. I jeszcze – znów mało znany fakt - wypalenie jednego skręta równa się wypaleniu dziesięciu papierosów. Potocznie przeświadczenie, że marihuana jest niegroźna, jest doprawdy bardzo groźne.
- Wróćmy do Greenpointu i waszego ośrodka. Czy pacjenci dostają od swoich lekarzy sugestię czy też polecenie, żeby się tu zgłosić?
- Nie mamy zbyt wielu pacjentów przysłanych tu przez lekarzy. Czasami przysyła ich sąd. Jeśli wejdą w kolizję z prawem, zdarza się, że skieruje ich tu sędzia, po to by ukończyli jeden z naszych programów. Czasami jest to informacja, którą zdobędzie rodzina, a pacjent wykaże się wewnętrzną motywacją, by się do nas zgłosić. Jesteśmy tu od dziewięciu lat. Ludzie nas znają. Są tacy, których przysyłają nasi dawni pacjenci. Inni słyszą o nas od członków klubu AA, którego zebrania odbywają się w tym budynku na trzecim piętrze. Staramy się być znani w lokalnym środowisku; prowadzimy działania, które pomagają nam rozpowszechniać informację o naszej działalności. Do takich należą kontakty z organizacjami polonijnymi wspierającymi polską społeczność, czy z duszpasterstwami.
- W naszym charakterze leży opór wobec formalnych sposobów leczenia, zwłaszcza jeśli chodzi o niedomogania związane z psychiką. Można by się raczej spodziewać, że przeciętny Polak nie przełamie się do tego stopnia, by korzystać z pomocy psychologa. Czy to się zmienia?
- Jeżeli ktoś jest skierowany przez sąd, to program musi ukończyć i nie ma możliwości uniknięcia tego. Taki pacjent zatem będzie przychodził i uczestniczył w zajęciach, niezależnie od tego, jakie są jego chęci. Wielu zaczyna program z negatywnym nastawieniem, po czym po paru miesiącach zaczynają się utożsamiać z innymi osobami w grupie, zaczynają otwierać oczy, że może istotnie nie jest tak, jak myśleli. Warunkiem podjęcia leczenia jest motywacja i ona może przyjść w różnych momentach. Niektórzy potrzebują dosięgnąć dna, innym wystarcza obserwacja kogoś innego, kto się stacza, by zbudować w sobie pragnienie zmiany. Ale też trzeba powiedzieć, że coraz częściej ludzie wiedzą, czym jest terapia i czym może być dla człowieka. Mamy pacjentów, którzy w Polsce korzystali z takiej formy leczenia i tu szukają kontynuacji. Zatem – powoli, ale zmienia się na lepsze i świadomość i wiedza na ten temat.
- Porozmawiajmy o formalnościach, czyli o ubezpieczeniu i kosztach uczestnictwa w waszych programach.
- Spora część naszych pacjentów nie ma udokumentowanego pobytu i nie ma w związku z tym prawa do żadnych świadczeń socjalnych. Założeniem naszej kliniki jest jednak niedochodowość, a zatem jeśli ktoś nie ma pieniędzy, ustalamy wysokość opłaty na podstawie zarobków. Często jest to opłata do 10 dolarów za wizytę, czasami mniej. To, oczywiście nie pokrywa w najmniejszym stopniu naszych kosztów, ale jest zobligowaniem pacjenta do wniesienia choćby minimalnego wkładu finansowego w leczenie. Klinika ułatwia pacjentom rozwiązanie kwestii kosztów - naszym priorytetem jest niesienie pomocy. Jeśli osobista sytuacja pacjenta się zmienia – dostaje pracę, zostaje objęty ubezpieczeniem zdrowotnym, zmienia się wysokość kosztów, które ponosi. Warto dodać, że nasza klinika akceptuje niemal wszystkie rodzaje ubezpieczeń zdrowotnych, począwszy od Medicaid, Medicare, poprzez większość ubezpieczeń prywatnych: Aetna, Blue Cross/Blue Shield, Oxford.
- Ile potrzeba czasu, aby terapia spełniła swoje zadanie?
- Uważa się, że rok to średni czas potrzebny na dokonanie zmian, które będą w miarę trwałe.
- Prowadzicie terapię grupowo i indywidualnie – skąd wiadomo, która komu bardziej pomoże?
- Najczęściej łączymy oba rodzaje terapii. Zazwyczaj ta pierwsza budzi na początku niechęć. Pacjent odczuwa lęk przed byciem ocenianym przez innych członków grupy. Tutaj trzeba bardzo mocno podkreślić, że wszelkie informacje, których dostarcza nam pacjent, są objęte zasadą poufności. Podobna zasada obowiązuje w grupach. Uczymy tej zasady i pilnujemy, by to, o czym mówi się podczas spotkań grupowych, nie wychodziło poza nie.
- Podsumujmy: alkoholizm, narkotyki, przemoc w rodzinie. Z jakimi jeszcze problemami można się do was zgłaszać?
- Jak już mówiłyśmy – mamy program dla nastolatków i uważamy, że to jeden z ważniejszych punktów naszej działalności. Przyjmujemy młodzież od 13 lat. Poza tym prowadzimy programy dla tych, którzy są skierowani przez sąd, na przykład dla zatrzymanych za jazdę po pijanemu albo pod wpływem narkotyków. Oni muszą odbyć leczenie, zanim ich sprawa zostanie zamknięta i tego typu leczenie oferujemy. To są specjalne programy, organizowane zgodnie z wymogami stanowymi i systemem sądownictwa. Inny program to pomoc tym, którzy nie są uzależnieni, ale z uzależnionymi współegzystują, zatem dla matek, żon, dzieci – wszystkich, którzy cierpią z powodu uzależnienia bliskiej osoby.
- Są tacy, którzy z terapii rezygnują? Zdarza się wam przegrać?
Nie traktujemy tego jako przegraną. Mamy sporo osób, które kiedyś zrezygnowały z leczenia i po paru latach wróciły. Jakieś ziarno zostało w nich posiane. Świadomość tego, że coś zawsze może zakiełkować pomaga nam bardzo w naszej pracy. To ważne, żeby wiedzieć, że wysiłek nie idzie na marne. Nasza praca bywa bardzo trudna, niejednokrotnie doświadczamy oporu ze strony pacjenta, niechęci do otwarcia się na potrzebę leczenia. Ale wiemy, że nie wolno się poddawać. Każdy jest na innym etapie swojej drogi i jeśli nie dziś, to może kiedyś… Nie wolno rezygnować.
Rozmawiała Izabela J. Barry

